Wywiad z człowiekiem sukcesu

Wywiad z człowiekiem sukcesu

Wszystkich zachęcamy do przeczytania wywiadu z Panem Jerzym Wilczewskim! :)

Paulina Kondrat:
Panie Jerzy, proszę nam opowiedzieć o swoich początkach.

Jerzy Wilczewski:
Dawniej gospodarzem się rodziło, nikomu w latach 50-tych nie przychodziło do głowy, żeby mogło być inaczej. W zasadzie była jedna możliwość - migrowania do Katowic, na Górny Śląsk, do kopalni. W tamtych czasach nie było mowy o wyjeździe za granicę. Na przykład Niemcy w ogóle nie wchodziły w grę, bo jeszcze wtedy wszyscy się ich bali. Natomiast, jeśli chodzi o Belgię, Holandię, to nikt nie wiedział, gdzie one są. Jedynym państwem, które nas przyjmowało, była Ameryka. To było marzenie każdego. Zawsze dobrze się uczyłem i chciałem zostać lekarzem, ale tata „tupnął nogą” i powiedział, że jeśli bym nim został, to wtedy on musiałby ciężko pracować… Zrobiło mi się go żal i poszedłem do szkoły rolniczej w Janowie. Właśnie w tej szkole stwierdziłem, że mam najpiękniejszy zawód świata, najbardziej odpowiedzialny, bo oprócz tego, że będę żywił naród, to jeszcze będę żywił go zdrowo. Pomyślałem, że to właśnie ode mnie będzie wiele zależało, to było wtedy takie porywające, wielkie, czego dziś brakuje. Kiedyś to pieniądz był dodatkiem do entuzjazmu, do wielkiej nadziei. Kiedyś doceniano ludzi pracy. Przyjeżdżał wojewoda, podawał swoją ciężką dłoń i mówił: dziękuję, robicie dobrą robotę! Kocham tamte czasy, choć niektórzy mówią, że były to czasy nienormalne.

PK: Od czego zaczęło się Pana gospodarzenie?

JW: Na początku chowałem świnki. Nasze gospodarstwo liczyło 7,5 ha, były to czasy bardzo piękne. Przemysłowe pasze były tanie, a świnki drogie. Aż przyszedł 1976 rok, kiedy ekonomia zaczynała być powoli prawdziwą ekonomią, wtedy zabrakło pasz, a na 7,5 - hektarowym gospodarstwie dużo świnek się nie uchowa. No i klops! (śmiech). Właśnie wtedy trzeba było skonstruować coś, co by przyniosło prawdziwy dochód, więc namówiłem sąsiadów i założyłem Zespół Rolników Indywidualnych. Ja, mój tata i 2 sąsiadów. Miałem 21 lat i zostałem pełnomocnikiem, następnie wzięliśmy duże kredyty i zbudowaliśmy szklarnię. Zaczęliśmy uprawiać warzywa, a później róże. Spłaciliśmy szybko kredyty, bo dewaluacja była przeogromna… no i zaczęliśmy rozbudowywać szklarnie, a w międzyczasie „pojawiła się na horyzoncie” czarna porzeczka. Wtedy interesowałem się też motoryzacją i powstało takie coś jak kombajn do zbioru porzeczek. Pozwolono mi go kupić i okazało się, że to następna żyła złota. Porzeczka teraz kosztuje 40gr, a ja wtedy brałem powyżej dolara za kilogram. Za półtora tony porzeczki mogłem kupić Poloneza. Potem doszła jeszcze aronia. Zacząłem kupować ziemię, wpadłem w nawyk kupowania jak w narkotyk, to było jak uzależnienie. Podczas przetargu przeżywa się wielkie emocje, aż czasami człowiek się poci, ale już doszedłem do takiej wprawy, że niewiele tych potów wylewałem. Później kupiłem ponad 2 tys. hektarów ziemi, a jak już kupiłem, to musiałem coś na tej ziemi robić, więc rozszerzałem uprawę porzeczki. Wtedy nasza porzeczka spod Krynek jechała aż do Danii. Tam nas lubiono i zapraszano. Następnie zainteresowałem się nową (wtedy ) rośliną owianą mitami, czyli borówką amerykańską. Jeździłem na wszystkie seminaria, wykłady, konferencje, podpatrywałem, uczyłem się i w 1991 r. kupiliśmy pierwsze 300 krzaków. Okazało się, że one naprawdę rosną! (śmiech). A w 1993 r. kupiliśmy 3,5 tys. krzaków, zasadziliśmy hektar… i okazało się, że też rosną! Zaczęło nas to wciągać i wyszło, że z tego mogą być też jeszcze większe pieniądze niż z porzeczki czy róż. W połowie 1995 r. pojechaliśmy pierwszy raz do Ameryki, odwiedziliśmy szkółki z borówką i po powrocie zaczęły przypływać do nas sadzonki (100 tys. sztuk), a potem było tylko ich więcej i więcej. Do dziś współpracujemy z tą szkółką i przyjaźnimy się. Na dzień dzisiejszy mam około 2 milionów krzaków borówki. W międzyczasie kupiłem również gospodarstwo w Gołdapi.Teren był bardzo korzystny i bardzo urodziwy. Postanowiliśmy, że będziemy tam hodować jelenie. Sprowadziliśmy ze Szkocji około 1200 sztuk.

PK: Skąd wziął się pomysł na hodowlę jeleni?

JW: W tamtych czasach dziczyzna była rarytasem. Możliwość poczęstowania kogoś dziczyzną otwierała praktycznie wszystkie drzwi. Stwierdziłem, że z tego będą dobre pieniądze. Rzeczywistość zweryfikowała moje pomysły. Mamy w tej chwili najpiękniejsze byki w Europie, z medalami za poroże, ale pieniążki są z tego marne. Jelenie są w tej chwili na "10. kilometrze". Myślę, że kiedyś po prostu zostawię sobie je na pamiątkę.

PK: Co w tej chwili uprawia Pan w swoim gospodarstwie?

JW: Mamy borówkę (około 500 ha), wierzbę energetyczną, 200 ha topoli energetycznej, łąki, pastwiska, trochę zbóż, trochę stawów… i to chyba tyle.

PK: Dokąd trafia borówka?

JW: Do całej Europy, poczynając od Wielkiej Brytanii do Niemiec, Holandii, Francji, Włoch, Austrii. Można wymieniać i wymieniać…

PK: Ile osób u Pana pracuje? Kiedy się zaczyna sezon, a kiedy kończy?

JW: W gospodarstwie pracuje kilkaset osób, natomiast w sezonie liczba osób wynosi około 2 tysiące. Sezon borówki zaczął się w tym roku około 1 lipca, jeśli dobrze pójdzie, to zakończy się około 15 października.

PK: Jak chroni Pan uprawy?

JW: Zabezpieczeń jest wiele. Ciągle się zmienia klimat, pogoda. Żeby uniknąć przymrozków, sprowadziliśmy 29 wiatraków, które podnoszą temperaturę o około 7 stopni. Najcieplejsze powietrze jest na wysokości 50m i te wiatraki przyciągają je w dół i tym samym wypychają zimne warstwy. Dzięki ich działaniom już przez około 3 sezony plantacje zostały uratowane. Drugą techniką jest działo przeciwgradowe, które swym działaniem zmniejsza potencjał energetyczny chmury, czyli tworzenie się gradu. Żeby zrozumieć jego działanie, trzeba znać mechanizm powstawania gradu. Wiem, co mówią ludzie, że przepędzamy chmury i sterujemy deszczem. Chcielibyśmy mieć taką władzę, ale nam się nie udaje (śmiech).

PK: Jakie będą tegoroczne zbiory?

JW: Zima nam trochę zaszkodziła. Była bardzo łagodna, wystąpiła w pewnym momencie zmiana temperatury, z 7 stopni spadła do 22 w ciągu 12 godzin bez okrywy śnieżnej. Także podejrzewam, że plon, choć bardzo ładny, będzie niższy niż w ubiegłym roku. Niestety, ale w rolnictwie tak już jest.

PK: Jaki jest Pana przepis na sukces w prowadzeniu gospodarstwa?

JW: Chyba jest to bardzo ogólny przepis…trzeba być wytrwałym i nieustępliwym, a zarazem pokornym, cierpliwym i systematycznym człowiekiem. Trzeba bardzo dużo się modlić i cieszyć się z osiągniętych sukcesów, ale ma być to radość bardzo pokorna, bo nikt nie wie, co przyniesie następna godzina życia.

PK: Czego możemy Panu życzyć?

JW: Żeby wszystko było pomyślnie.

Rozmawiała: Paulina Kondrat
Zdjęcia: Wioletta Żołądkowska

Zdjęcia


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.